Czechosłowacjoczechosłowacjoczechosłowacja

Tak się stało, że w sierpniu wpadło mi niespodziewanie trochę czasu wolnego. Trochę pokminiłem, trochę pogadałem z ludźmi, padło na przejście wzdłuż granicy czesko-słowackiej od Jaworzynki w kierunku zachodnim. Nie będę przedłużać niepotrzebnie wstępów, czas na konkrety…

2020-08-14: Jaworzynka Trzycatek – Mosty koło Jabłonkowa

…na dzień dobry wpakowałem się w jakiś mega korek w Ustroniu, autobus z Bielska dotarł finalnie do Wisły spóźniony półtorej godziny, potem zaczęło lać i sytuacja wymagała przeczekania nad kufelkiem i obiadem w zajmującym część dworca kolejowego Browarze Wisła, więc finalnie w Jaworzynce wylądowałem dobrze po 16. W związku z powyższym odpuszczam wizytę na trójstyku, uderzam od razu zielonym szlakiem w kierunku granicy czeskiej, na asfaltowym odcinku można ponapawać się widokami na Słowację, sympatycznie jest.

Rzucić okiem można też na polską stronę, tu też wszystko na swoim miejscu, a przede wszystkim Ochodzita.

Wkraczam do Czech, krótki fragment zółtym szlakiem asfaltem wzdłuż granicy, potem przeskakuję na czerwony, pędzę na zachód, pod stopami Komorovský Grúň. Znowu pada, więc śmiało śmigam bez przerwy do chaty Gírová. Niestety, sympatyczny lokal nie przyjmie mnie na nocleg, zaoferują jedynie zimne piwo, dobre i to. Przejaśniło się trochę, ruszam w dalszą drogę, Beskid Morawsko-Śląski już do mnie macha zachęcająco, po prawej wał Ostrego, za nim chowa się jeszcze w tle Javorový. Chata Studeničný też nie ma miejsc, trzeba wzdrożyć plan B, schodzę do Mostów, zasiadam na chwilę na stacji, odpalam internety, niewiele później zalegam w czystej pościeli…

2020-08-15: Mosty koło Jabłonkowa – Konečná

…drugi dzień wycieczki zaczynam konsekwentnie czerwonym szlakiem z rejonu stacji w Mostach koło Jabłonkowa, uderzam na zachód. Podejście początkowo drogą pomiędzy ostatnimi domami miejscowości. Rzut oka w tył, w kierunku pasma granicznego Beskidu Śląskiego:

Pogoda z kategorii tych takichse, nie pada, ale wczorajsza wilgotność wciąż wisi w powietrzu, przejrzystość zdecydowanie nie powala. Mozolne podejście lasem kończy się pod chatą Skalka, to poważny obiekt konsumpcyjno-noclegowy, przysiądę tu na pół godzinki, popatrzę się na trawę, nigdzie mi się w końcu nie śpieszy, nie?

Z zadowoleniem notuję postępujące przejaśnienie, za chwilę przede mną teren narciarski, jakieś wyciągi, stoki, strasznie zawsze mnie te rejony mierzą skalą ingerencji w teren, jest to zwyczajnie brzydkie. Są też zalety, otwierają się widoki, tu można popatrzeć m.in. na Czantorie daleko w tle.

Trasa zachęca do tego, by robić co chwila postoję, co pół godziny schronisko albo inna knajpa, zbankrutować można. Wsunąłem jakąś zupę w Kamiennej Chacie, na wieżę nie poszedłem, tłum mnie odstraszył, nie dla mnie takie zabawy, uderzam na Wielki Połom. Docieram do granicy czesko-słowackiej, będę ją jeszcze wielokrotnie przekraczał. Pod samym szczytem Wielkiego Połomu wielki pomór, w tym wszystkim chyba przegapiłem sam szczyt jakoś…

…kawałek dalej jednak można rzucić okiem w kawałek przestrzeni…

Na dalszym odcinku szlak wiedzie głównie lasem, meandrując wzdłuż granicy, czasem odbijając na kilkaset metrów w głąb Czech lub Słowacji. Zatrzymuję się na dłuższy odpoczynek przy kapliczce pod szczytem Muřinkový vrch, nawet chwila drzemki wpadła. Dłuższy fragment dalszej wędrówki jest dość monotonny, leśny, bez większych wzruszeń ląduję w Białym Krzyżu (Bílý Kříž/Biely Kríž), gdzie rozlokował się spory kompleks wypoczynkowo-hotelowo-restauracyjno-hałaśliwo-turystyczny. Zawsze to jednak okazja do wrzucenia w brzuch czegoś na ciepło, więc pochłaniam smażaka i opuszczam przybytek, planując powoli rozglądać się za miejscem na nocleg. Zdecydowanie lepiej niż w tym tłocznym bajzlu czuję się na Wilczej Skale, z widokiem na Łysą Górę, najwyższą w Beskidzie Śląsko-Morawskim.

Z miejscem na nocleg nie poszło jednak tak łatwo, większość nachodzącego odcinka biegnie pomiędzy domami letniskowymi, które raz z jednej, raz z drugiej strony granicy utrudniają znalezienie zacisznej lokalizacji. Tak rozglądając się załapałem się jeszcze na kufelek w chacie Doroťanka, a koniec końców rozkładam się jeszcze parę kilometrów dalej, nad przysiółkiem Konečná. Mankamentem jest jedynie dość ruchliwa droga, którą wyraźnie słyszę z doliny, jednak po 30 kilometrach w nogach nie chce mi się szukać lepszego miejsca…

2020-08-16: Konečná – Třeštík

…ten dzień będzie prawie o połowę krótszy od poprzedniego. Zwijam się rano, idę kawałek wzdłuż szosy, która tak dokuczała mi przed snem, i znów odbijam wzdłuż granicy na południe. Nim na dobre wyjdę z zabudowań, na horyzoncie już pręży się Smrk…

Większość trasy będzie przebiegać w takim właśnie klimacie – z rzadka rozrzucone zabudowania, trochę lasu, trochę łąk, od czasu do czasu widok – tu znów Smrk:

Na obiad zatrzymuję się w chacie Kminek, skuszony transgraniczonością lokalu – budynek schroniska znajduje się w Słowacji, przynależny mu basen i stoliki konsumpcyjne – już w Czechach, granica przebiega środkiem drogi.

Źle trafiłem jednak, kolejka na kwadrans stania, niby mi się nie spieszy nigdzie, ale nie cierpię tej bezczynności i czekania na swoją kolej. Posilony ruszam dalej, granica tu wykręca mocno, był kierunek południowo-zachodni, teraz prawie czysty zachód. Przede mną kolejne popularne wśród turystów miejsca – bardzo duża Masarykova chata i cały kompleks, który rozlokował się na przełęczy Bumbálka, gdzie granicę przecina ruchliwa droga z Międzyrzecza Wołoskiego do Żyliny. Nie zatrzymuję się tutaj, kawałek za przełęczą, w rejonie źródła Beczwy, zaś opuszczam już ostatecznie granicę i decyduję się na terytorium czeskie. Odpuszczam sobie też wieżę na szczycie Čartáka – to z przyczyn klimatycznych, bowiem nad głową już od dłuższego czasu słyszę pomruki burzy… Ulewa była dość łaskawa i złapała mnie dopiero, gdy docierałem do dawnego schroniska Třeštík, gdzie mogłem przeczekać opad – a był on konkretny, uwzględniał również solidny grad. Krótka, rzeczowa rozmowa z kalendarzem pozwala ustalić, że powoli nadciąga nieubłagany czas na powrót do Polski i obowiązków, więc czekając na przerwę w opadzie ogarniam sobie wariant transportu do ojczyzny; szczęśliwie, pobliska szosa oferuje w niedługiej przyszłości autobus w pożądanym kierunku. Żegnam się zatem z pograniczem czesko-słowackim, obcinając z żalem na nieodległą Vysoką, najwyższy szczyt Gór Hostyńsko-Wsetyńskich. Przyjdzie jeszcze na nią czas…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *