Przez Pieniny

Ta impreza miała być dłuższa, planowałem na nią w całości łyknąć niebieski szlak Brzeźnica-Kacwin, ale terminy się posypały i wykroiłem sobie mniej czasu na łażenie. Postanowiłem ogarnąć temat, którym pierwotnie chciałem rozpocząć rok, czyli Pieniny, w których – wstyd się przyznać – nigdy nie byłem. Do zabawy dołączyłem kawałek pierwotnie planowanej trasy, z autobusu wytaczam się w Trybszu…

2020-09-19: Trybsz – polana Cisówka

…na dzień dobry wracam się kilometr wzdłuż drogi do sklepu, źle wysiadłem, co zrobić. Zaopatrzony w wodę ponownie wędruję pod górę drogą, za chwilę skręcam w prawo, wbijam się na kameralny grzbiecik, którym prowadzi niebieski szlak. Rzut oka za siebie, Trybsz już w dole, pogoda dopisuje, daleko piętrzą się Gorce:

Nie mija wiele czasu, a przede mną otwierają się widoki na nieco poważniejsze masywy, niestety prosto pod słońce, w odpowiedniej porze musi tu być wyjątkowo pięknie.

Żeby sytuacja była jasna, turlam się takim klimatem, zupełnie nie czuć jesieni.

Tatry też nie odpuszczają, co chwila jest ciekawiej.

Zbliżam się do skrzyżowania szlaków, tu zmienię kolor, spadam w lewo wzdłuż czerwonych znaków. Kawałek dalej taki lokal, tu już raczej o nocleg nie będzie łatwo, boje się mocniej tupnąć w okolicy tej szopy.

Przede mną fragment lasem, sprawnie tracę wysokość, w końcu wychodzę na łąki przed Łapszami Wyżnymi. Jestem osłabiony, nie ukrywam, takie miejscówki robią mi dobrze na serce.

Schodzę do miejscowości, jakiś festyn się szykuje, dla odmiany sklep zamknięty. Posiedzę sobie pięć minut przed lokalem, bo czemu nie, ale trzeba iść dalej. Podejście na Grandeus długie nie jest, zaraz sobie odsapnę w cieniu, poleżę chwilę, mam cały czas świata. Słabość mam do takich pojedynczych drzew, co tu dużo mówić, idyllicznie jest.

Spod drzewa piękne widoki, w jedną stronę szczerzą się Tatry jak na dłoni…

W drugą stronę Pieniny Spiskie, za chwilę tam będę cierpieć katusze, dalej Trzy Korony, to już plan na jutro.

Schodzę do Dursztynu, tu sklep już czynny, zimne napoje są bezcenne. Teraz przede mną kawałeczek asfaltem, potem strome podejście na Żar, krok za krokiem zdobywam wysokość, to podejście budzi we mnie najgorsze instynkty. Nie bez trudu osiągam grzbiet, znowu jakieś Tatry, to powoli zaczyna robić się nudne…

Grzbiet jest zadrzewiony, ścieżynka wije się między krzakami, idzie się sprawnie, już bez większego wysiłku. Po drodze można rzucić okiem na zalew Czorsztyński, sprawdzić czy wieża na Lubaniu wciąż stoi…

Wieczór się powoli zbliża, planuję podejść jak najbliżej Niedzicy i się gdzieś rozłożyć na nocleg. Gdzieś za przełęczą Przesła na niebie dzieją się Rzeczy, ja wkraczam w ciemny las.

Namiot rozstawiam już przy latarce na polanie Cisówka, jest czas na herbatę, jest czas na kolację, w końcu jest też czas na śpiwór i sen…

2020-09-20: polana Cisówka – Krościenko nad Dunajcem

Rano się nie spieszę specjalnie, prom przez zalew pływa od 9. „Za oknem” mgła, widać nic, krzątam się powolutku, rzeczy do wora, wór na plecy, wymarsz. Powolutku się przeciera:

Schodzę do Niedzicy, wzdłuż drogi takie drobiażdżki:

Do Czorsztyna dopłynę promem, oprócz mnie jedna osoba na pokładzie, kwadrans przejażdżki mija sprawnie. Czorsztyn przed nami:

Bardziej ambitni zawodnicy przez zalew wytrwale kajakują, można i tak:

W Czorsztynie do zamku powoli zaczyna się zjeżdżać tłum, droga cała zastawiona blachosmrodami, gdyby mogli, to pewnie na mury by wjechali. Wbijam na śniadanie do Karczmy Zamkowej, żurek pozwoli nabrać sił, szkoda tylko, że dwa razy muszę się upominać o brakujące elementy zamówienia. Rozumiem wszakże panią, w lokalu były zajęte aż dwa stoliki, mogła się pogubić. Cała ta impreza zajmuje zdecydowanie więcej czasu, niż było mi trzeba, ruszam finalnie w drogę w południe. Na polanie Majerz znany motyw, z jednej strony Tatry:

Z drugiej strony Gorce:

Mijam przełęcz Osicę i drogę Czorsztyn – Sromowce, teraz trochę lasu na przemian z łąkami. Pogoda niezmiennie dopisuje, na szlaku pojedyncze osoby, jest uroczo, tylko… no właśnie, trwa tu jakaś wymiana nawierzchni, do końca nie wiem, o co chodzi, w parku narodowym jestem, a sprawa wygląda dość poważnie. Idzie się po tym tłuczniu gorzej niż po legendarnych „schodach” na Tarnicę, na szczęście odcinek specjalny nie jest nadmiernie długi.

Uwalam się na chwilę odpoczynku, nie można przesadzać z wysiłkiem, łapię oddech z widokiem na Lubań, nie nudzi mi się ani na chwilę.

Podążam dalej szlakiem, spadam na przełęcz Szopka, tu kończy się spokój, odbywa się zaś… no, szopka. Wybrałem się w pogodną niedzielę, to mam, co chciałem :). Nie spędzam tu za wiele czasu, sprawdzam czy Tatry wciąż na swoim miejscu i ruszam dalej.

Przede mną Trzy Korony, podejście od przełęczy wyciska ze mnie siódme poty, poruszam się w tłumie jak w galerii handlowej, popełniłem gdzieś dość istotny błąd, no ale skoro już tu jestem… Jestem jedyny z tobołem, to nie jest góra dla plecakowych, tu rządzi turystyka masowa, rodzinna i chwilowa. Im więcej ludzi tu, tym mniej wszędzie indziej, pocieszam się. Zrzucam plecak u miłej pani w punkcie kasowym i wdrapuję się po schodach na Trzy Korony; zajmie mi to z godzinę stania w kolejce na szczyt, tego jeszcze w karierze nie zaznałem. Gdzieś w połowie oczekiwania dociera do mnie z pełną jasnością, że nie zdążę przepłynąć Dunajca pod Sokolicą, zamkną mi przeprawę przed nosem. Szybka aktualizacja planu wprowadza nocleg w Krościenku, miast gdzieś pod Szafranówką, stoję w kolejce dalej, mając już zapewnione łóżko i prysznic. W końcu docieram na platformę na szczycie, no nie da się ukryć, widoki robią tu wrażenie…

Mimo wszystko szybko znikam z góry, moja aspołeczność nie pozwala mi na zbyt długie przebywanie w tłumie, odbieram plecak i spadam w stronę Zamku Pienińskiego, tu już mniej ludzi. Zejście przez las wyprowadza mnie pod zamek, ruiny niestety niedostępne chwilowo do zwiedzania, ruszam dalej. W Pienińskim Potoku uzupełniam zapasy wody, cały czas podążając niebieskim szlakiem, skręcam w kierunku Sokolej Perci. Przede mną fragment w takim klimacie:

Znów jest cicho i praktycznie bezludnie, wystarczy odejść trochę od głównej magistrali. Wieczór powoli się zbliża, odpuszczam przejście przez Czerteż, przejdę trawersem zielonym szlakiem, już po chwili ląduję u podnóża Sokolicy. Robi się późnawo, w punkcie kasowym już nikogo nie ma, wdrapuję się na szczyt, tu też jestem sam, klimat i widok nie do opisania…

Po dłuższej chwili na szczycie schodzę i udaję się powoli w kierunku Krościenka zielonym szlakiem. Załapię się jeszcze na filet z kurczaka na Rynku, kilka chwil później okrywam się kołdrą w pokoju, odpływam szybko…

2020-09-21: Palenica – pod Watriskiem

Budzę się rano w średniej formie, czuję lekki stan podgorączkowy, gardło pobolewa, zbieram się opieszale. Na krościeńskim rynku spotykam trzy rozkłady jazdy busów do Szczawnicy, każdy inny, okazuje się, że żaden nie ma nic wspólnego z prawdą, czekam dobrą godzinę na przejechanie tych kilku kilometrów. Wciąż czuję się podle, więc plan na dziś przewiduje wjazd kolejką na Palenicę i doczłapanie tam, gdzie siły pozwolą. Na szczęście pogoda dopisuje, cały dzień pięknego warunku przede mną, w takich okolicznościach przyrody nieco łatwiej nawet znieść zagospodarowanie turystyczne okolic górnej stacji kolejki…

Pod Szafranówką wbijam się w szlak graniczny, fragment drogi wiedzie lasem, ale już niedługo wyjdę na łąki.

Kilkaset metrów dalej zalegam na odpoczynek, dziś nie przemęczam się, korzystam z pięknej pogody. Najpierw wpada drugie śniadanie z widokiem na Szczawnicę, potem obserwuję kierdel, który wspina się po łące, bez wątpienia również z zamiarem konsumpcyjnym… 😉

Każda przerwa jednak kiedyś się kończy, turlam się dalej wzdłuż granicy. Podoba mi się tu dużo bardziej niż w Pieninach Właściwych, ludzi zaś jest dużo mniej – choć nie można powiedzieć, aby było zupełnie pusto. Daleko w tyle szczerzą się Trzy Korony.

Szlak niebieski omija, nie wiedzieć czemu, szczyt Wysokiego Wierchu, ja tego błędu nie zamierzam popełniać. Podejście, jakkolwiek stosunkowo krótkie, jest z gatunku tych bardziej stromych i sporo potu na nim wylewam, jednak warto się przemęczyć – na szczycie jest niewyobrażalnie wręcz pięknie, dłuższą chwilę rozglądam się wokół, zmęczenie przechodzi jak ręką odjął. Dookólna panorama obejmuje wszystkie okoliczne pasma, Magurę Spiską z Wiaternym Wierchem, Beskid Sądecki i Gorce, widać też oczywiście Trzy Korony, a daleko na zachodzie piętrzą się Tatry…

Tak, ten szczyt wywarł na mnie niebagatelne wrażenie, wrzucam go do szufladki z inspiracjami na nocleg, trzeba będzie o to oprzeć jakąś imprezę od słowackiej strony może, z uwzględnieniem Magury Spiskiej, może o Lewockie zahaczyć przy okazji? Tak rozmyślając schodzę do schroniska pod Durbaszką, pierogi są wysoko na liście moich priorytetów też, uzupełnię zapasy wody przy okazji też. Lokal nie porwał mnie jakoś specjalnie klimatem, nabrałem jednak sił, przede mną powrót na grzbiet graniczny, lekka wyrypa wzdłuż wyciągu. Na górze ławeczka z widokiem, takie miejsca mnie zawsze rozbrajają…

Dalszy fragment jest bardziej zarośnięty, czeka mnie za chwilę podejście na Wysoką, najwyższy szczyt w całych Pieninach. Dobrze, że wchodzę tam na lekko, plecak czeka na mnie przy rozstaju szlaków, a wejście jest z kategorii honornych, miejscami uzupełnione metalowymi schodkami. Widoki ze szczytu ponownie jednak wynagradzają trud, przestrzeń zapiera dech, znów widać wszystko wkoło…

Zachwycony widokami wracam po plecak i ruszam dalej; zejście do połączenia niebieskiego i zielonego szlaku pod Wysoką jest niemiłosiernie wyślizgane i ubłocone, zajmuje mi zdecydowanie więcej czasu niż się spodziewałem. Od węzła już droga idzie sprawnie, zielony szlak ucieka w Słowację, a nad dolinami powoli zapada wieczór.

Pierwotnie chciałem dojść na nocleg na przełęcz Rozdziela, ale dociera do mnie, że pewnie nie zdążę tam przed zmrokiem, nie mam też w sobie wielkiego parcia na dystans. Gdy przed szczytem Watriska znajduję miejsce idealnie wręcz stworzone pod namiot, nie waham się długo, rozstawiam się i długo w ciszy patrzę na zapadający zmrok…

Już po ciemku ogarniam sobie kolację, dzisiaj grana jest kuchnia fusion – pół zupy gotuje się w Polsce, drugie pół – na terytorium Słowacji 🙂

Biwak jest jednym z fajniejszych, jakie miałem, wszechobecna cisza i zapadający zmierzch łączą się w niepowtarzalny klimat, długie godziny siedzę z herbatą i chłonę magię, w końcu jednak chłód wygania mnie do śpiwora…

2020-09-22: pod Watriskiem – Kosarzyska

…wstaję po 6 rano, świat powoli budzi się do życia, w dolinach zalegają mgły…

Ogarniam się niespiesznie, dziś nie mam w ogóle presji czasowej. Z każdą minutą więcej słońca, zapowiada się kolejny piękny dzień.

Ostatni rzut oka na obóz, zwijam się i rozpoczynam dzień, uderzam w kierunku przełęczy Rozdziela, cały czas niebieskim szlakiem, który z przerwami towarzyszy mi już trzeci dzień…

Dotarcie na przełęcz zajmuje mi blisko godzinę, dobrze oceniłem wczoraj, że trafiłbym tu już po zmroku. Rozległa przełęcz dzieli Pieniny od (sprawdza notatki) (upewnia się) (unosi brwi zdumiony) Pogórza Popradzkiego. Nowy podział na mezoregiony sprawi mi pewnie jeszcze trochę niespodzianek, ale trzeba się powoli do tego przyzwyczajać chyba…

Słowacki szlakowskaz jest trochę zmęczony życiem…

…ale to i tak nic w porównaniu do twórczości PTTK Szczawnica, która stoi kilkaset metrów dalej, takiej partaniny dawno nie widziałem. Zero informacji o czasach, dwa miejsca połączone w jedno, wartość informacyjna całkowicie zerowa.

Na przełęczy następuje jeszcze jeden skandal, kręcąc się z aparatem udało mi się rozdeptać sprzączkę od pasa biodrowego, zawsze byłem pełny gracji. W efekcie troszkę modyfikuję plan na powrót, zejdę z Obidzy prosto do Piwnicznej, nie będę kręcić przez Eliaszówkę, byłem kiedyś na Eliaszówce. Na razie przede mną prosta droga wzdłuż granicy.

Na drugie śniadanie wpadam do bacówki na Obidzy, cicho i spokojnie tu. Nie śpieszy mi się, wystawiam mordkę do słońca, trzeba się nasłonecznić przed zimą, kto wie ile jeszcze ładnych dni w tym roku nas czeka… Zbieram się, ostatnie rzuty oka, piękne podsumowanie wyprawy.

Czerwonym szlakiem schodzę w kierunku Piwnicznej, w Kosarzyskach na pętli autobusowej okazuje się, że za kwadrans mam transport do centrum mieściny, żal nie skorzystać. W Piwnicznej jeszcze przekąszę coś ciepłego, nie można tak na głodnego wracać, przede mną jeszcze przesiadki w Tarnowie i Krakowie, wieczorem zasypiam we własnym środkowomazowieckim łóżku…

Podsumowując:

  • Małe Pieniny są w pytę, Wysoki Wierch to szczyt klasy zerowej, nocleg tamże to obowiązek obywatelski;
  • Wbijanie się na Trzy Korony w ładny wrześniowy weekend było pomysłem o nieszczególnym sensie, no ale byłem, zobaczyłem, mogę już nie wracać, tłok jak w Złotych Tarasach przed świętami;
  • Start imprezy z Trybsza był za to strzałem w dziesiątkę, pierwszy dzień trącił klimatem niebagatelnym;
  • W rejon wypada powrócić, strona słowacka wzywa, a tuż za rogiem czyhają Góry Lewockie, na które też mam smaka od dłuższego czasu.

Za uwagę P.T. Czytelnikom dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *